6 - tyle minut czytania

Jeśli masz styczność z marketingiem internetowym, na pewno wiesz, że content is the king. Różnie z tym contentem bywa, ale stawiam złotówki przeciw orzechom, że niezależnie od tego, czy masz do czynienia z niszowym produktem, rozwijasz swoją markę osobistą, czy opiekujesz się bytem o międzynarodowym zasięgu, już kilkukrotnie powiedziano Ci, że content marketing jest niemal idealną odpowiedzią na wszystkie Twoje zmartwienia i problemy. Poza tym, bez niego, ani rusz. Bo – argumentują – ludzie Cię kupią, jeśli będziesz odpowiedzią na ich potrzeby i pytania. A gdzie homo internetus zadaje prawie wszystkie swoje pytania?

Notka znowu mi wyszła zbyt długa (#przprszm). Więc jak coś, to skacz do wniosków😉

Tworzę, więc jestem online

Jakiś czas temu wbito nam do głów, że jak Cię nie ma w google, to nie istniejesz. Więc wszyscy walczą o to, jak dać się w Google znaleźć. I to najlepiej zgarnąć z tego Google’a jak najwięcej. (Bo samo być nie wystarczy). Można za to płacić, ale płacić nie lubimy, a ludzie za reklamami też nie przepadają (nie wierzą im.. ciekawe czemu…). Więc alternatywą jest wbijać się w wyniki naturalne, walczyć o frazy, długie ogony i linki.

Przy czym pamiętajmy, że treść nie jest odkryciem Internetu ani XXI wieku. W zasadzie od zawsze była ważna, bo dzięki niej dokonywała się ewolucja, dzięki niej mogliśmy się uczyć, dzięki niej mogliśmy przekazywać sobie informacje. (Bo najlepiej do przekazywania wiedzy przydają się historie – te najlepiej zapamiętujemy). I to też nie tak, że marketing odkrył treść dopiero w dobie Internetu, ale dopiero Internet trochę tu zamieszał. Ostatnio zaczął mieszać bardziej, bo jest tani, szybki i bardzo powszechny. A skoro Internet jest prawdziwie demokratyczny, to każdy może być twórcą.

Treść się z Internetu wylewa

Ale ale… Twórcą można być i bez Internetu. Za to najważniejsze z perspektywy sieci jest to, że każdy, kto ma w zasięgu ręki klawiaturę lub telefon, ma także darmowe narzędzia do tego, aby swoją treść publikować. Tak powstały blogi, potem mikroblogi, potem vlogi a także mikrovlogi. Choć przyjmuje się że tworzone przez siebie treści w Internecie zamieszcza zaledwie 1% użytkowników sieci, to choćby ze względu na skalę, twórców jest masa. Wśród nich są i lepsi i gorsi, ale ponieważ Twórcy zaczynają być zauważani przez reklamodawców (którzy potrzebują przestrzeni reklamowej), to rośnie ilość tworzących, a w efekcie samej treści również lawinowo przybywa. Do tego stopnia, że tworzymy więcej, niż jesteśmy w stanie przetworzyć, o przyswajaniu nie wspominając. I to zaczyna być problem nie tylko nowych twarzy w Internecie (które muszą się mocno rozpychać łokciami), wydawców (którym urosła konkurencja), ale także marek, które w tej nowej rzeczywistości się muszą odnaleźć.

W tym miejscu drobna dygresja o tym, czym różni się marketing w Internecie, od większości działań w innych kanałach. Poza siecią, co do zasady jest tak, że jeśli chcesz wykorzystać przestrzeń reklamową wydawców, musisz mieć do tego konkretne pieniądze. Płacisz za to, aby za pomocą cudzej tuby dotrzeć do tych co już ją znają. Oglądają (TV), słuchają (radio), czytają (prasa). Wchodzisz tam ze swoją kampanią i już. Płacisz za to więcej, bo pielęgnację kanału robi na co dzień za Ciebie ktoś inny. Ty przejmujesz się tylko swoim „wkładem reklamowym”.

Internet ma dobrą pamięć

W Internecie jest trochę inaczej. Oprócz mediów kupowanych, znaczenie ma, a raczej może mieć to, jak dbasz o swoje poletko. I tu to, co pokazywałeś wczoraj, ma także wpływ na to, ile osób zobaczy Cię jutro. Po za tym, w Internecie sens i logika działań jest wtedy, kiedy płacisz innym za zamieszczenie Twoich reklam po to, żeby sciągnąć ludzi do siebie (to nie musi być główny cel działań, ale niemal zawsze efektem kampanii jest sprowadzenie ruchu). A skoro chcesz mieć ludzi u siebie, to przecież po to, żeby im coś pokazać. I wracamy do kwestii cont.. treści.

Specjalistów od contentu jest mnogo. Bez liku. Tych początkujących i tych poważnie w rzemiośle zaawansowanych. Bo contentu trzeba dużo, bardzo dużo a nawet więcej. Trzeba go mieć zawsze pod ręką, i musi być też często publikowany. To taki.. przepis na sukces. Co prawda zwykle po stronie zamawiającego są nie tylko potrzeby, ale także ograniczenia budżetowe, więc wtedy do równania „dużo” i „szybko”, dopisujemy także „relatywnie tanio”. I wtedy niestety zaczyna brakować miejsca na kryterium „dobrze”.

Wydaje nam się, że treść jest tania. Ponieważ tak nam się wydaje, produkujemy jej dużo, ponieważ produkujemy jej dużo, przestajemy zwracać uwagę na to jaka jest jej jakość, co z kolei sprawia, że nie umiemy dobrze ocenić jej wartości i roli. Poza tym, że jesteśmy przekonani że albo

a) zrobimy swoje masą i ilością, albo

b) w całej masie trafi nam się jakiś diamencik, który pociągnie nas na sam szczyt listy przebojów (wyników wyszukiwania).

Google nauczył nas, aby patrzeć na treść przez perspektywę wyników wyszukiwania, a nie przez odbiorcę.

Co masz mi do powiedzenia?

Niestety… zbyt często nie mamy nic do powiedzenia. Zbyt często, nie mamy wiedzy, aby coś wnieść do dyskusji. Zbyt często i zbyt wiele treści przygotowywanych jest albo pod konkretne słowa kluczowe, albo pod tworzenie zaplecza, albo pod pozorne założenie, że ktoś chce przeczytać naszą poradę – a oprócz lajfhaków (z których nikt nie korzysta – jeśli korzystasz, bądź tak cudownym czytelnikiem i napisz z jakiego) nie ma nic równie cudownie bezsensownego, jak treść poradnikowa.

Tak jak zły pieniądz wypiera dobry pieniądz, tak zła treść wypiera dobrą. I dopóki algorytmy Google są, jakie są, to ponieważ google, ponieważ trzeba być frontem do klienta, ponieważ konkurencja nie śpi, to tworzymy tego badziewia na potęgę. I co gorsza, zaczyna się to z Internetu wylewać. Gdzie wylewać? A to już wpis na zupełnie inna notkę 😉 Ale na pewno coś znajdziesz na blogu Maltreting – to nie jest product placement. To rekomendacja😉

Dobra nowina jest taka, że Google się uczy (nie tylko gry w GO). Google się uczy, i my się uczymy korzystać z Google… Nie wszystko stracone.

A co z treścią? Treść niezmiennie jest „the king”. Ale dobra treść kosztuje. I nie zdarza się przypadkiem.

Nie płać za bełkot

Jeśli ktoś tworzy treść dla Ciebie, zastanów się, jaka jest jej wartość. Zastanów się, jaki jest jej cel, kto jest jej odbiorcą i czy z niej skorzysta. Czy treść, którą kupujesz, ma jakąkolwiek szansę wnieść cokolwiek w życie odbiorcy… Treść, to nie zbitek liter czy słów. Treść to to, co z tego zbitku wynika. Treść to także umiejętność doboru słów i słówek. Nie płać za bełkot. NIe umiesz go rozpoznać? Znajdź kogoś, kto potrafi i raz jeszcze – nie płać za bełkot.

Tworzysz treść? Niezależnie od tego czy dla siebie, czy dla innych – nie twórz spamu. Nie produkuj na metry. Pracuj nad językiem, nad stylem, nad – hłe, hłe – treścią.

I tak, dostrzegam ironię w tym, że podnosząc kwestię nadmiaru contentu dorzucam swoją swoim wpisem tylko kolejną cegiełkę treści.

No to jak, masz już ten lajfhak z którego korzystasz i którym się ze mną podzielisz?

Spodobał Ci się ten tekst? Zostaw swój adres email, a poinformuje Cię o każdym nowym wpisie na blogu