3 - tyle minut czytania

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Pierwszy dzień w nowej pracy. Pierwsza wizyta na drugim piętrze w korporacyjnym biurze i pierwsze w życiu zderzenie z open space, na którym siedziało ponad 150 osób. Pamiętam też towarzysząca mi gwałtowną potrzebę ucieczki. Na przekór zostałem 😉 I tak trwam.

Właśnie rozpoczyna się siódmy rok mojej pracy w Tesco, a to nadal nie jest szkic na mój pożegnalny mail. Wczoraj usłyszałem – pilnuj się, bo jak się zapomnisz, to następnym razem ockniesz się przy dwucyfrówce.

Zamiast podsumowania

Zwykle taki tekst rocznicowy pisałem do ludzi, z którymi od początku pracowałem, ale teraz nieco zmieniły się okoliczności…

Chciałbym pisać o odniesionych sukcesach zawodowych , ale te były, mam wrażenie, dość dawno. Od jakiegoś czasu więcej w tym trwania i przetrwania. Tylko że nie w tym rzecz. Nie piszę po to, żeby marudzić (marudzę przez pozostałych 365 dni w roku, jak na smurfa Marudę przystało). Jedną z cennych obserwacji jest to, że przez te 6 lat udało się nam (bo sam to mogę się co najwyżej podrapać) zrealizować to, co chcieliśmy, bez bolesnych wpadek (co wcale nie takie oczywiste, choć rzeczywiście mało spektakularne).

Ciężko też pisać o planach na przyszłość, bo rzeczywistość przechodzi przez nieustanny, niekończący się proces morfowania. Nie umiem dobrze określić stanu, który ma miejsce teraz, o przewidzeniu tego, co będzie jutro, nie wspominając. Tym sposobem trwa również nauka szybkiej adaptacji do wszech zmieniającej się rzeczywistości.

Okazję chcę wykorzystać do tego, aby złapać się na tym, że przez te sześć lat miałem sposobność poznać fantastycznych ludzi, z którymi dobrze się pracuje. To, czego jeszcze nie umiem dobrze ogarnąć to to, że wystarczyło blisko sześć lat, aby najbliższe otoczenie wymieniło się całkowicie. Najbliższy zespół, z którym zaczynałem pracować, rozszedł sie po świecie i żyje mu się dobrze. W ich miejsce przyszli nowi, młodzi, zdolni i fajni ludzie. I to jest chyba największa przyjemność codziennej pracy – spędzanie połowy życia w dobrym towarzystwie.

A gdyby tak… zmiana?

Teoria mówi, że zmieniamy się co 7 lat. No, to już ostatnia prosta dla mnie, aby do nowej wersji mnie się przygotować. Coś mi się zdaje, że coraz bardziej do tej zmiany dorastam (choć jak przystało na żółwia, niespiesznie). Zaczynam coraz bardziej czuć, że może za głęboko wszedłem w swoje poletko i czas otworzyć się na nowe… Rozejrzeć sie, może istnieje świat także poza digitalem. To znaczy, istnieje na pewno, tylko może i ja powinienem poszukać tam sobie miejsca.

Niezmiennie, głupio by było ocknąć się za rok w tym samym miejscu z tymi samymi spostrzeżeniami. To by był okrutny dzień świstaka. Tylko że nic samo się nie zrobi.

Rozbieg niby zrobiony, także żółwiu… już Ty dobrze wiesz co!

Przerywnik muzyczny. Posłuchajcie.

Happy ending

Wyszło okropnie sentymentalnie… taki urok rocznic. Zatem – zamiast patrzeć za siebie, patrzymy przed siebie. Idzie nowe. Wiem, że idzie. Nie wiem kiedy dojdzie, ale idzie. Doświadczenie zgromadzone, pewne błędy popełnione, ludzie fantastyczni poznani. Podstawa do tego żeby z optymizmem patrzyć w przyszłość jest. Blog się pisze… strona bierna, blog się sam może co najwyżej… nie. Blog się nie może sam nic. Więc jeszcze raz.

Piszę bloga, nagrywam podcast, wychodzę do ludzi (choć może ludzie jeszcze nie zauważyli). Jest całkiem niezły punkt wyjścia. Do tego, stan na dziś – dwie ręce, dwie nogi, głowa. Można przyjąć, że z wyglądu człowiek. Będzie dobrze;-)