Zimne prysznice są owiane iście magiczną aurą. Mają być odpowiedzią na depresję, zły sen, braki w potencji, zbyt wolne odchudzanie i wszystko inne czego nie leczy sproszkowany róg bawoli. Ludzie dowodzą, że to wszystko autentyczna, najprawdziwsza prawda. Kłopot w tym, że badań potwierdzających moc zimnych pryszniców jest niewiele, a te które są, to raczej nieśmiało przedstawiane hipotezy, którym brak potwierdzających je dowodów.

Brak dowodów z kolei, jest dla mnie wyzwaniem. Tym bardziej że chcę, opowiadając Wam o swoich zimnych prysznicach, podeprzeć się czymś zdroworozsądkowym. Czymś co racjonalizowałoby ten szalony pomysł. Czymś innym niż ‚wydaje mi się”. Czytaj dalej

Wiemy, że wielka siła drzemie w konsekwencji. W małych, nieustannych przyrostach. W procencie składanym. W wieloletnich inwestycjach i grosikach, z których zbiera się miarka. To wszystko wielka obietnica i ogromny powód aby do takiego długofalowego, perspektywicznego działania przystąpić. Równocześnie, to odległe, zobowiązujące i wymaga pewnie przygotowań. Aby dobrze zainwestować, aby dobrze wybrać, aby mieć pewność, że ‚to to’.

Dlatego właśnie zauroczyła mnie medytacja „just for today”. Chociaż dopiero za drugim razem zrozumiałem jej piękno. A tłumaczy coś w zasadzie oczywistego. Że oprócz tego, że trzeba patrzeć daleko w przyszłość, to trzeba żyć tu i teraz. Pozwolić sobie na to, co niezobowiązujące. Na to, co nie oznacza deklaracji ‚do końca moich dni’. Na to, co może mieć miejsce „tylko dziś”. I nawet jesli będzie tylko dziś, to nadal ma wielką wartość. Czytaj dalej

Od kilku tygodni udaje mi się trzymać nowy poranny rytm i chciałem się podzielić kilkoma obserwacjami, które się wiążą z porankami „po mojemu”.

Dlaczego poranek „po mojemu” jest dla mnie ważny? Pomijając korzyści wynikające z nastrajania się, z chwili ćwiczeń, czy czasu, który mam wtedy tylko dla siebie, cenne jest także to, że on jest właśnie po mojemu. Tak jak sobie obiecałem, tak jak sobie wymyśliłem, tak jak chcę.

Dobrze jest dotrzymywać pierwszej obietnicy dnia. Wczesny poranek to moja wersja wstawania prawą nogą. To udowadnianie sobie, że dla rzeczy dla mnie ważnych, gotów jestem poświecić trochę swojego komfortu i przyjemnosci. Zamieniam ciepło kołdry i miękkość poduszki na dobre wejście w dzień. Czytaj dalej

Ludzie robią wiele, aby zdobyć Twoje zaufanie. Marki za wszelką cenę chcą stać się tymi, którym zaufasz, albo przynajmniej za godną zaufania będziesz ją postrzegał. Lubimy móc zaufać, otworzyć się, znaleźć punkt oparcia w codzienności. Zastanawiałeś się kiedyś czy albo na ile ufasz sobie? Na ile możesz na sobie polegać?

Od początku tego roku powracającym motywem mojej codzienności jest mniej. Niestety, nie jest to mniej kupowania czy posiadania (abym mógł wreszcie rozsmakować się w trendzie minimalizmu, który mnie kusi). Mniej czytam, mniej piszę, mniej rysuję. Mniej niż bym chciał. Prawie wcale. Co ciekawe, to wcale nie znaczy, że mam na to wszystko mniej czasu, jedynie co innego mój czas wypełnia.

Pojawiło się też dużo nowego – nowe miasto, nowe mieszkanie, nowi ludzie, nowa praca. Powrót do codziennej pracy oznacza też potrzebę innego zarządzania energią i odpoczynkiem. Są więc tematy, których pilnuję bardziej (o czym wkrótce napiszę) i tematy, które trochę przy okazji obrywają – jak wspomniane czytanie, pisanie, rysowanie. Czytaj dalej

Każda podróż, zaczyna się od pierwszego kroku, wyjścia za próg swojej przyjaznej, hobbiciej norki. Czasem podróż ma jasno określony cel. Punkt określony w miejscu i w czasie, do którego trzeba dotrzeć. Czasem idzie się na azymut, znając jedynie przybliżony kierunek, wiele decyzji pozostawiając losowi.

Początkiem podróży, w której teraz uczestniczę, była decyzja opisana w tekście „egzamin w szkole latania”. Czas na kolejny etap.

Ostatnia prosta przed tym etapem ma – bagatelka – 435 kilometrów. Taka odległość dzieli Kraków, czyli moje miejsce zamieszkania, od Poznania, miejsca w którym zaczynam nową pracę. Bliżej chyba się nie dało, choć próbowałem;) Czytaj dalej

Słowa to dziwny twór. Zbitek literek albo dźwięków, głosek. Nie mają wagi, nie można ich uchwycić, nie można uwięzić ich w klatce, są całkowicie ulotne. Choć są istotą wagi lekkiej, potrafią nieść ładunek, mogą krzywdzić i ranić, ale też wzmacniać i dawać ukojenie. Pozornie są proste w obsłudze, zapewne dlatego nadużywane. Słowa nic nie kosztują, a ostatnio nawet przestało mieć znaczenie, czy niosą w sobie prawdę, czy nie. Można mówić z sensem, można mówić dla samego brzmienia głosu. Dla zabicia ciszy, albo dlatego, że ktoś słów oczekuje.

Korciło mnie, żeby ten tekst nazwać „Noworoczna dobra zmiana” ale… kontekst polityczny tego zwrotu jest zbyt ciężki i zapewne przesłaniałby sens całej wypowiedzi, lub sprowadzałby do tego wpisu ludzi, którzy szukają troszkę innych treści. Chciałbym, abyśmy wrócili słowom sens.. i twarz, bo bez twarzy, największe słowo nic nie waży.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, nie pozostajemy obojętni na słowa. Ulegamy im, jesteśmy pod ich wpływem, nawet jeśli nie zawsze, wręcz rzadko, robimy to świadomie. Wpływają na to, jak się czujemy, o czym myślimy, z jaką energią przystępujemy do działania. Słowa, które nie mają fizycznej, namacalnej reprezentacji, mają siłę zmieniania świata. Czy coś, co ma moc zmieniania losów świata, ma moc zmieniania nas? Czytaj dalej

Przełom roku to zawsze pretekst i okazja do tego, aby popatrzeć na ostatnie miesiące z szerszej perspektywy. Pokusić się o swoistego rodzaju podsumowanie i, kto wie, być może także zmierzyć się z planami na przyszłość.

Nie mam w zwyczaju robić takich podsumowań, podobnie jak nie lubię tworzyć noworocznych postanowień. Niemniej jednak czuję zbawienną moc przełomu i przekraczania choćby i wirtualnej granicy. Lubimy mieć coś „za sobą” i lubimy zaczynać coś „z czystą kartą”, nawet jeśli czas między wczoraj i jutro to dokładnie takie samo dziś. Dlatego właśnie bezcenne dla naszej psychiki są spowiedź, koniec roku szkolnego, moment oddania projektu (kiedy wreszcie możemy o nim zapomnieć) i nowy rok, w który możemy wejść z nową energią:-)

Ostatnie 12 miesięcy nauczyło mnie dwóch rzeczy.
„Nigdy” jest fikcją, zupełnie niepotrzebną wymówką, kontekstem i okolicznością, której nie warto poświęcać wiele uwagi.
Tym, co potrafi sprawić, że „nigdy” znika, jest „chcę”. Wystarczy chcieć i… już. Dzieje się. Czasem samo, czasem wymaga to działania, choćby najmniejszego drgnięcia w kierunku, by zaczęło się dziać. Rok 2017 uświadomił mi potęgę chcę. Czytaj dalej

Kilka dni temu zostałem poproszony o to, by na chwilę wejść w buty Natalii Hatalskiej i pomyśleć o tym, jakie trendy mogą się pojawić w komunikacji / marketingu cyfrowym przez najbliższe 12 miesięcy. To pytanie, po pierwsze świadczy jaką markę wyrobiła sobie Natalia, a po drugie dowodzi, że jeśli nie masz tego tematu przemyślanego na dziesiątą stronę, to musisz chłopie szybko kombinować z odpowiedzią;-)

Pozwoliłem sobie na następujące przewidywanie: zaczniemy się uczyć tego, jak radzić sobie ze wszelkiego rodzaju rozpraszaczami i kradziejami uwagi. Zaczniemy przywiązywać większą wagę do tego, jakie powiadomienia otrzymujemy, a jakie chcemy otrzymywać. Spośród firm i marketerów zwycięzcą będzie ten, kto to zrozumie. Kto zacznie szanować i cenić poświęcaną mu uwagę, zamiast doskonalić monetyzowanie spamu i cklickbaitu.

Nie mam pojęcia czy ten mój szalony typ się sprawdzi, zdecydowanie nie mam śmiałości wchodzić na arenę zdominowaną przez trendologów. Natomiast chciałbym pokazać, dlaczego powinniśmy zacząć sobie radzić z powiadomieniami. A swoją drogą, rozpraszacze są chyba powracającym motywem w obserwowaniu przeze mnie rzeczywistości. Pisałem, że musimy uważać na złodziei naszego czasu i uwagi, i że nie warto rozmieniać się na drobne. Pisałem o tym, podpowiadając, dlaczego warto skusić się zakup na Kindle, a nie na tablet i utyskując, że byłoby cudownie, gdyby istniał kindle dla piszących (o tym szykuję kolejny wpis).
Czytaj dalej

Jestem pewien, że ją znasz. Tę opowieść, o człowieku, który był skazany na porażkę, ale miał w sobie dość determinacji, aby wygrać. Albo o tej dziewczynie, którą wszyscy gnębili, nie miała żadnych predyspozycji, ale jednak, na przekór wszystkim wygrała. Albo o tym facecie, który przez całe życie próbował zrobić swój własny biznes, ale wiele razy przegrywał i dopiero pod koniec swojego życia zapewnił spokojny byt swojej rodzinie, choć już wszyscy w niego zwątpili. No i na pewno opowiadali Ci o tym młodzieniaszku, który z kumplami w garażu zbudował apkę, którą potem sprzedał za dużą bańkę. O nich wszystkich słyszałeś, prawda?

Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale wszędzie wokół nas są historie. Każdy historie opowiada. Każdy próbuje. Jasne, zapamiętujemy te najciekawiej opowiedziane, te najlepsze opowiadamy dalej. Najbardziej lubimy te z morałem, z jakimś przewrotnym elementem. Kochamy wracać do tych, które są motywujące. Opowieści są super. Tylko… czy na pewno? Czytaj dalej

Ten wpis mi siedzi na wątrobie już czas jakiś. Nieco pływa, czasem nabierając wyraźniejszych kształtów, innym razem rozmywając się tak bardzo, że nie umiem go chwycić. To myśl, która się przebiera, rozmaite formy przybiera, ale jej sedno jest oczywiste. I prawdę powiedziawszy, zupełnie nie rozumiem, jak to możliwe, że nie rozmawiamy o tym non stop. Jak to możliwe, że nie rozmawiamy o tym przy każdej możliwej okazji. Choć równocześnie wiem, że to oczywiste. To dla nas za trudne, zbyt straszne, a i tak nic z tym nie możemy zrobić.

Tym tematem jest śmiertelność, czyli coś, co nie powinno być dla nas jakimś zaskoczeniem. To nas nieuchronnie dotyczy i jak byśmy się nie starali i jak daleko nie uciekali – dopadnie nas. Czemu więc o tym piszę?

Za małolata myślałem, że to ogarniam. Wiedziałem, że mnie to czeka, wiedziałem że nie ucieknę. O czym tu gadać, o czym pisać. Żyjesz z wyrokiem. Tylko że przez długi czas to była intelektualna zabawa w świadomość śmierci. I ta zabawa, to ledwie jedna strona medalu. Nie spodziewałem się, że przyjdzie jeszcze takie coś, jak doświadczanie śmiertelności. A to zupełnie inna para kaloszy. Przyjaciel ostrzegał. Mówił: i Ciebie dotknie smuga cienia. Nie wierzyłem. Aż przyszła. I została. Czytaj dalej