Bełkot marketing

Jeśli masz styczność z marketingiem internetowym, na pewno wiesz, że content is the king. Różnie z tym contentem bywa, ale stawiam złotówki przeciw orzechom, że niezależnie od tego, czy masz do czynienia z niszowym produktem, rozwijasz swoją markę osobistą, czy opiekujesz się bytem o międzynarodowym zasięgu, już kilkukrotnie powiedziano Ci, że content marketing jest niemal idealną odpowiedzią na wszystkie Twoje zmartwienia i problemy. Poza tym, bez niego, ani rusz. Bo – argumentują – ludzie Cię kupią, jeśli będziesz odpowiedzią na ich potrzeby i pytania. A gdzie homo internetus zadaje prawie wszystkie swoje pytania?

Czytaj dalej Bełkot marketing

Co warto przeczytać?

Mam do Ciebie drogi czytelniku prośbę. Zwykle to ja dziele się swoimi rekomendacjami odnośnie tego, co warto przeczytać, teraz chciałbym odwrócić rolę. Chciałbym Cię prosić o to, abyś – skoro już trafiłeś na ten post – zostawił mi w komentarzu jedną / dwie pozycję, które w ostatnim czasie zwróciły Twoją uwagę.

Mogę Ci zagwarantować, że zapamiętam Twoją propozycję (i jej uzasadnienie, jeśli się na nie pokusisz). Nie zagwarantuję, że od razu sięgnę po to, co zaproponujesz, ale będę miał na uwadze Twoją sugestię i przyglądnę się jej przy najbliższych książkowych zakupach.

Nie zależy mi na wszystkim co ostatnio przeczytałeś / przeczytałaś. Zależy mi na książce, którą polecasz, która była albo świetną rozrywką, albo cenną pigułką wiedzy, albo miała w sobie coś, co skłoniło Cię do myślenia.

Charakterystykę mnie jako czytelnika możesz zbudować sobie na podstawie tego, co polecam, ale tu znajdziesz moją spowiedź z książek. Przy czym wydaje mi się, że mam dość szeroko otwarte oczy i gusta.. Lubię kryminały (np. francuskie, skandynawskie, czy amerykańskie); lubię ksiażki z pogranicza ekonomii i socjologii (Gladwell czy panowie Levitt i Dubner, ale też bracia Heath), a ostatnio sięgam także po politykę. Czytam też o podróżach (Cejrowski), fantastykę (Sapkowski) i historię współczesną (Lucas, Suworow). I muszę przyznać, jestem ostrożny, jeśli chodzi o romanse ;). No i byłbym zapomniał, sięgam też po rzeczy z innych kategorii wagowych… Czy teraz będzie Ci łatwiej coś mi polecić;-)?

Chcesz wiedzieć po co to robię? Mało to świetnych recenzji i portali czytelniczych? Zdecydowanie nie mało, ale jestem wybredny, kapryśny i łażę swoimi ścieżkami. A przede wszystkim, jestem bardzo ciekaw, co polecisz i czekam na Twój komentarz. Z góry dziękuję;-)

Świat mobile, nasz świat

To będzie mało odkrywcza notka, ale to równocześnie trochę obserwacja rzeczywistości.

Przez długi, długi czas czekaliśmy kiedy nadejdzie wreszcie rok mobile, wielokrotnie go zapowiadaliśmy, a im bardziej go wypatrywaliśmy, tym bardziej on nie chciał przyjść. Wystarczyło spuścić temat na chwile z oczu, wystarczyło na moment spuścić gardę i oto okłada na po twarzach (ekranach, kieszeniach i rachunkach… Chociaż nie, po rachunkach zupełnie nie).

Rok mobile widzą wydawcy – widzą o ile zechcą popatrzeć w statystyki swoich serwisów i zauważą że ruch z mobile to nawet i 50-60% ruchu. Oczywiście zależy to od tematyki, być może nie u każdego widać to jeszcze tak wyraźnie, ale to tylko kwestia tego kiedy, a nie czy. I nie, nie mowie tu o serwisach niszowych, czy technologicznych. Mowie o serwisach z których korzystają panie domu…

Ale to nie perspektywa nadawcy treści mnie dziś dźgnęła. Nieco zaskoczyło mnie to, że do swobodnej podróży po obcym mieście, do zakupu biletów komunikacji miejskiej ale też do zakupienia biletu powrotnego do domu wystarcza mi smartfon.

Zawsze broniłem się przed tworzeniem aplikacji tym, że aplikacji już jest mnóstwo, tłok wielki, użytkownicy wybredni a korzyści wcale nie oczywiste. No i ze słuchawki korzysta sie nadal do rozmów, wiadomosci, sprawdzenia maila i ewentualnie zerknięcia w Google. Oczywiście fejs, aparat i gry.. Ale to jeszcze nie jest ułatwianie życia…

No to dziś sobie udowodniłem, że trochę się w tej kwestii zmieniło..

Biletów komunikacji miejskiej nie musze kupować w kiosku czy w automacie – mogę kilkoma tąpnięciami w telefonie. Połączenia tramwajowo-autobusowe pod ręką, bez potrzeby orientowania się w kolejnych przystankach i organizowaniu przesiadek. Podobnie biletu PKP nie musze kupować odstając swoje w kolejce, a via przeglądarka w komórce.. I wszystko to na swoim LTE, za niecałe 30 złotych miesięcznie bez abonamentu…

Na domiar wszystkiego postanowiłem jeszcze to wszystko spisać i opublikować z telefonu, więc teraz siedzę i dziubię w za małą klawiaturą jak nieprzymierzając dzięcioł..

Czas mobile, to już.

Polityka odarta z teatru – Polska 2005 – 2010

Czasem wystarczy jedno zdanie, jeden gest, jedna obserwacja, aby określić człowieka. Zdefiniować go. Nie po to, aby go zaszufladkować, ale po to, aby zobaczyć go w innym świetle. Aby lepiej zrozumieć jego decyzje, zachowanie, motywacje.

Potrafił zrzucić na ziemię marynarkę nielubianej osoby i wytrzeć w nią buty.

Wydaje mi się, że to zachowanie moglibyśmy śmiało przypisać Frankowi Underwoodowi. To ten typ postaci, którą moglibyśmy posądzić o tak… prymitywną zagrywkę. Rzecz – wydawałoby się – nie do pomyślenia w polskich realiach. Oczywiście, mamy swoich czarusiów i swoich oszołomów, ale nikt normalny się tak nie zachowuje. Żaden minister. Żaden wicepremier. Żaden premier się tak nie zachowywał. No chyba, że premier Tusk. A deptaną była marynarka Rafała Grupińskiego. I podobno nie brakowało świadków tego wydarzenia. Pisał o tym w 2014 Piotr Zaremba, pisze o tym Robert Krasowski w „Czasie Kaczyńskiego” i o tej książce dwa słowa. A raczej trzy argumenty dlaczego warto ją przeczytać.

I wcale nie chodzi o to, że to książka o Kaczyńskim i o Tusku, choć to książka o Kaczyńskim, Tusku. Ale też o czymś dużo ważniejszym i dużo ciekawszym.

Po pierwsze, to chłodny opis rzeczywistości, która jeszcze nie zatarła się w naszych wspomnieniach. To opis Polski z lat 2005-2010 – przytaczane wydarzenia pamiętamy, teraz możemy je zweryfikować dzięki podpowiedzi człowieka, który sugeruje nam gdzie i na co patrzeć. I ułatwia nam skupić wzrok tam, gdzie polityczni iluzjoniści naprawdę nie chcą, byśmy patrzyli.

Po drugie, pomaga zrozumieć co i jak się dzieje w naszym kraju, dlaczego tak się dzieje i kto nami tak okrutnie gra. Pokazuje kto za tym stoi, a co ważniejsze, dość logicznie uzasadnia niektóre wybory miłościwie nam panujących. I trochę ułatwia odnaleźć się w codzienności XXI wieku. To nie tylko opis kto jest kim, ale przede wszystkim elementarz do zrozumienia czym jest polityka, czemu politycy są tacy, a nie inni i dlaczego to nie jest gra dla grzecznych ludzi.

Po trzecie, Krasowski stawia diagnozę, że jesteśmy tu gdzie jesteśmy, nie dzięki temu, że coś się nam, Polakom wyjątkowo udało, ale dlatego, że niczego nam się nie udało przez ostatnie 25 lat na poważnie spieprzyć. To z kolei powinno nas zachęcić do tego, żebyśmy zaczęli realnie oceniać naszą pozycję tak w regionie nam bliskim (Europa Środkowo Wschodnia) jak i trochę dalszym (Europa jako taka). Abyśmy zrozumieli, że wcale nie jesteśmy centrum wszechświata, ani nie jesteśmy tacy wyjątkowi, ani nic nam się z racji samego istnienia nie należy (wszystkiego tego można doświadczyć także wyjeżdżając na chwilę za którąś z naszych granic i trochę się o sąsiadach dowiadując…)

Chcesz lepiej rozumieć politykę, polską politykę w szczególności? Sięgnij po „Czas Kaczyńskiego” Roberta Krasowskiego i z jednej strony przestaniesz się tak emocjonować, a z drugiej przestaniesz się tak łudzić.

Jak dobrze pisać? Krócej.

Wszystko zaczęło się od tego, że w ostatnim czasie kilka razy trafiłem na 10 zasad | podpowiedzi „jak dobrze pisać” Ogilvy’ego. Punkt pierwszy brzmi „Przeczytaj książkę Romana-Raphelsona o tym jak pisać. Przeczytaj ją trzykrotnie”. Ja póki co przeczytałem raz i choć nie ma tam żadnych bardzo odkrywczych myśli i jest to raczej pozycja porządkująca wiedzę czy intuicyjne podejście do pisania, to warto ją znać. Choćby po to, że dość gruntownie podkreśla prostą rzecz: kiedy piszesz, pamiętaj o dwóch rzeczach. Po co piszesz i do kogo piszesz.

Jasne, będzie miało znaczenie czy piszemy elaborat, czy notatkę, czy emaila. Ale to tylko dodatki. Kluczowe jest po co piszesz i kto to będzie czytał.

Czytaj dalej Jak dobrze pisać? Krócej.

Przyszłość, która mnie przeraża i z którą nie podyskutujesz

Chyba wszyscy lubimy zerkać w przyszłość. Sięgamy po prognozy pogody, horoskopy, przepowiednie. Snujemy plany, lubimy przewidywać, co też bliska lub daleka przyszłość nam przyniesie. Mamy tendencję do widzenia przyszłości raczej w jasnych, różowych barwach. Bagatelizujemy to co nieprzyjemne, minimalizujemy ryzyko i prawdopodobieństwo wystąpienia nieprzychylnych nam zdarzeń losowych.

Mam na to jakiś dowód? Żadnego. Ale taki oto eksperyment wykorzystał reklamie amerykański ubezpieczyciel:

Bierzmy poprawkę na to, że to reklama i nawet jeśli eksperyment nie został odpowiednio „podprowadzony” to reklamodawca chciał osiągnąć taki, a nie inny efekt. Ale i tak śmiem twierdzić, że dość łatwo przychodzi nam myśleć że przyszłość niesie to, co dobre. Nie zostawiamy sobie miejsca na czarnowidztwo.

I wtedy wchodzę ja. Nie koniecznie na pełnej k…ontrze, ale z czterema elementami, które w przyszłości mogą nam trochę pozgrzytać.

Dwa z nich związane są wprost z technologią. Wraz ze wzrostem mocy obliczeniowej komputerów, spadkiem ceny jednostek obliczeniowych i rozwojem algorytmów (ewolucyjnych, rozproszonych i uczących się) jesteśmy coraz bliżej stworzenia sztucznej inteligencji. Kiedy w 1997 roku Deep Blue ogrywał Kasparowa w szachy, twierdziliśmy że może w szachy to i owszem, ale w GO to nas (ludzkość znaczy) komputer nie ogra. Minęło niespełna 20 lat i coś co miało sie zdaniem teoretyków wydarzyć za lat trzydzieści wydarzyło się dziś. A właściwie kilka dni temu, kiedy komputer od Google’a ogrywał najlepszego ludzkiego gracza , nie dając mu w zasadzie cienia szansy na podjęcie gry. No dobra, komputery ograły nas w szachy, ograły nas w go, ale nie ograją nas w literaturę. Przynajmniej na razie, co nie oznacza że nie próbują – tu elektronicznemu twórcy naprawdę niewiele brakowało.

Z tego miejsca gorąco polecam serial „Person of Interest” zwłaszcza od trzeciego sezonu, gdzie wszechobecna AI zaczyna odciskać swoje piętno na życiu zwyczajnych ludzi.

Jeśli wydaje nam się, że możemy rywalizować z technologią, to mamy rację, wydaje nam się. Tu możecie posłuchać o tym, że sztuczna inteligencja bedzie ostatnim wynalazkiem człowieka, a potem… cóż.. potem będziemy zbędni. Tym bardziej, że już teraz potrafimy stworzyć roboty, które – można odnieść wrażenie – będą od homo sapiens jeśli nie doskonalsze, to na pewno bardziej wytrzymałe. Tak, sami sobie stworzymy wyższą formę życia i kto wie, czy nie przypadnie nam w udziale rola bateryjek.

I tu płynnie przechodzimy do drugiego przerażającego mnie elementu technorozwoju – wirtualnej rzeczywistości, która ostatnio podbija serca, umysły, oczy i portfele gadżetomaniaków. Ludzie, którzy mieli okazje się tym pobawić mówią o początkowym dyskomforcie, dużym polu do ewolucji tej technologii ale i o jej ogromnym potencjale. Sam przekonywać się nie mam ochoty (mój błędnik wysyła już w tej kwestii do mnie petycje) ale i tak widzę tu pewne zagrożenie.

Jeszcze nie dziś, ale za kilka miesięcy lub lat będziemy dysponować narzędziami, które nie tylko pozwolą wiernie oddawać rzeczywistość jaką znamy, ale wręcz będą od niej lepsze. Świat będzie piękniejszy. My będziemy piękniejsi. Bez wysiłku będziemy bardziej wysportowani, bez żadnych operacji będziemy przystojniejsi i wreszcie kobiety będą mogły zapomnieć, przynajmniej wirtualnie, o celulicie. Wszystko co będzie nam potrzebne, będziemy realizować w wirtualu, który da nam więcej satysfakcji niż real. Tam wszystko będzie lepsze… Sama wizja wydaje się uzależniająca, niemal narkotyczna. A który ćpun chce wracać do szarego, burego świata realnego? No i po co tam wracać… Żeby zjeść i żeby wydalać… Cóż… gdyby tylko dało się podpiąć odpowiednie kabelki, które doprowadzą to, co potrzebne i odprowadzą to, co zbędne… tym sposobem wrócimy do zaszczytnej roli bateryjek… Ale za to szczęśliwych, naćpanych bateryjek.

Zresztą, świat w którym żyjemy już teraz jest uzależniony od komputerów. Maszyny są od nas szybsze, bardziej efektywne i bardziej od nas odporne na stres. Zależy od nich wiele, wiele optymalizują, usprawniają. W tym i rynki i giełdę i waluty i mnóstwo innych dziwnych narzędzi finansowych, które chyba mało kto rozumie (warto zerknąć na Big Short). Z tą różnicą, że kiedyś był czas na to, żeby przewidzieć co sie stanie, lub przeanalizować jakie efekty dało to czy tamto działanie. Teraz nie ma czasu na jakiekolwiek analizy, teraz trzeba tylko pędzić, wyprzedzać, kupować nie całkiem rozumiejąc co to da w dłuższym kontekście i co to oznacza dla szerszego kontekstu. A skoro nie rozumiemy co się dzieje, to trzeba działać szybciej, kupować agresywniej… Najlepiej za cudze, bo cudzymi obraca się jakby z mniejszą wątpliwością.

W tym całym zamieszaniu, pojawiają się także ludzie, którzy proponują by zakwestionować to jak funkcjonuje współczesna gospodarka, bo zamiast służyć ludziom, służy kapitałowi (w ramach ciekawostki proponuję zerknąć w opowiadanie Rafała A Ziemkiewicza „Żywa gotówka”), i cały ta obsesja wzrostu nikomu nie służy, a przy okazji wszystko niszczy.

Niestety, przesłanek na to, że uda się to zmienić jakby brak, tym bardziej, że ani to proste, ani łatwe, ani przyjemne, a ci którzy z obecnego stanu rzeczy korzystają, wcale nie zamierzają ustępować pola ani weryfikować reguł gry.

Dorzućmy do tego, że gospodarka to system naczyń połączonych, wszystko opiera się na wirtualnych papierach dłużnych, że są kraje w Europie, które dawno już przekroczyły wypłacalny poziom zadłużenia (przy czym wcale nie mam na myśli Grecji) a korekta przyjść musi. Chiny maja problem ze spowolnieniem, surowce się kończą, a dziś każde delikatne zawahanie na giełdzie w jednym miejscu na świecie, przed długi czas odbija się czkawką tysiące kilometrów dalej. Na całe szczęście w ząb nie znam się na ekonomii.

Wreszcie.. jeśli nie pokona nas sztuczna inteligencja, nie wsiąkniemy bez reszty w świat wirtualny i nie pochłonie nas wielki kryzys, czeka nas bliskie spotkanie z bardzo obcą kulturą, której nie tylko nie znamy, ale i nie chcemy poznawać. Co więcej, zachodnia Europa, która jest dla nas kierunkiem rozwoju, zderzy się z tym szybciej niż skłonna jest to przyznać. Można nawet przyjąć, że już jest za późno. Wszystko dlatego, że pewien punkt krytyczny albo już został przekroczony, albo jesteśmy bardzo blisko tego przekroczenia, a dalej to już pójdzie z górki.

My, Europejczycy ani nie jesteśmy mocno związani wewnętrznie wspólną kulturą, wolność jest dla nas wartością podstawową i tak bardzo chcemy być tolerancyjni, że nie umiemy sobie poradzić z ludźmi napędzanymi wiarą, głodnymi naszych dóbr, a do tego dużo bardziej od nas płodnymi imigrantami. Co więcej, nie potrafimy podjąć żadnych decyzji i miotamy się ze skrajności w skrajność. Chcemy albo przyjmować wszystkich, albo wszystkich wyrzucać… Jedno jest głupie, na drugie jest i tak kilkadziesiąt lat za późno… poczytajcie sobie o Belgii

a potem zerknijcie na model tolerancji który zaprezentował Roman Łoziński (od 4:30)

Tak więc w mojej głowie przyszłość rysuje się… ciekawie. Na całe szczęście przepowiednie się nie sprawdzają, horoskopy to tylko dobry przykład technik zimnego czytania, a prognozy pogody to przede wszystkim wróżenie z fusów i mimo wszystkich naszych umiejętności ogrywania najlepszych w szachy i GO wciąż nie umiemy dobrze przewidzieć jaka pogoda będzie pojutrze… Więc na wszelki wypadek przypomnijcie sobie, co mówił pewien bardzo lubiany nauczyciel…

Mam wrażenie, że oto powstała notka na sterydach…

Jak żyć w tym Social Media, jak żyć? [Wpis bardzo archiwalny]

Każdy, kto pisze ma pewnie swoje archiwum, w którym zbiera także te teksty, które światła dziennego nie ujrzały. To jeden z moich. Pisany w październiku 2011 roku, czyli gdzieś pomiedzy ponad cztery lata temu a prawie pięć lat temu. Popełniony z myślą o Mediafun Magazynie, choć Mediafun o tym wcale wiedzieć nie musiał, w każdym razie Piotr powiedział – to jest ciekawa marketingowo sytuacja, dzieje się dużo, napisz, ja ich znam, podrzucę, może opublikują po znajomości (po znajomości zawsze łatwiej). Napisałem, ale nie opublikowali. Nie wiem czy Piotr uznał że nie warto słać dalej, czy znajomi uznali, że nie ma tu jednak tego czegoś. A może nie wyszedł już żaden kolejny numer magazynu… W każdym razie – publikacja się nie wydarzyła. Ja z kolei, z jakiegoś powodu uznałem, że u siebie tego publikować nie będę, bo… no wydało mi się to nie na miejscu. Ale skoro już jeden coming outowy tekst popełniłem, to czemu nie wykorzystać i tej staroci.. Ciekawe czy jest w niej jeszcze choć trochę merytoryki…
2011 rok.. Dawno temu. Nie było Snapchata. Instagrama. Vine’a. W Polsce jeszcze żył Blip, a ludzie używali eurogąbkowej waluty na Naszej Klasie. Cały czas czekaliśmy na rok mobile, już wtedy content był de king… To był ten rok, kiedy na płycie lotniska wylądował samolot Lotu bez opuszczonego podwozia i wszyscy chcieli być jak kapitan Wrona. A mój przykurzony już tekst wyglądał tak:
We wrześniu byliśmy jedną z wielu sieci handlowych z fajnymi reklamami. O Ekspertach Tesco mało kto mówił, mało kto słyszał, choćby ze względu na to, że dotychczas 15 lub 30 sekundowy spot telewizyjny był jedyną możliwością zetkniecia się w nimi. Ale za to w październiku…

Na początek trochę konkretów, czyli dat i liczb. Eksperci Tesco są na Facebooku od 6. października. Do zgromadzenia 50 tysięcy fanów potrzebowali niespełna 18 dni. 12 października ruszyła aplikacja Henio Śpiewa, którą jeszcze w październiku użyło ponad 40 tysięcy użytkowników. 24 października dowiedzieliśmy się, że do zdobycia miliona wyświetleń filmu na Youtube wystarczą trzy dni – tyle właśnie potrzebował Natanesco (tak w sieci nazywane jest viral z natchnionym Heniem) aby zgromadzić swoją pierwszą „bańkę”. Wszystko zatem wskazuje na to, że Eksperci Tesco byli skazani na sukces. Tylko czy aby na pewno?

Zerknijmy na profil „większego brata” z Wielkiej Brytanii. Liczba 400 tysiecy fanów niewątpliwie robi wrażenie. A ich nastawienie i zaangażowanie? Z tym bywa różnie. Kilka miesięcy temu było niewesoło. Kiedy Tesco UK ogłaszało nową usługę „skup złota”, fani pytali o to, kiedy wprowadzone zostaną pogrzeby. Kiedy przepraszali za zamieszanie związane z publikacją reklam w tabloidzie „News of the World”, dostawali po głowie za to, że w ogóle decydowali się na reklamowanie w tej gazecie. W pewnym momencie nawet technologia była przeciwko nim – krótko przed uruchomieniem aplikacji pozwalającej na pobranie kuponu na darmową czekoladkę (coś jak nasz Pawełek) awarii uległy serwery, co sprawiło, że kilka tysięcy fanów na profilu przez kilka godzin krzyczało „gdzie moja czekolada!”. Nawet ostatnio wpis przedstawiający zespół ludzi obsługujący klientów przez FB i Twittera zamienił się w ścianę płaczu pełną niezałatwionych spraw… Na profilu Tesco UK widać, że ich strategia komunikacji nieustannie ewoluuje, ale z naszych obserwacji wynikają dwa istotne wnioski – „nie wszystko złoto” i „zachowaj czujność”.
Tesco jest pierwszym w Polsce offline’owym brandem z kategorii FMCG który zdecydował się wejść w obszar Social Media. Owszem, znajdziecie na Facebooku profile Alma24 i AuchanDirect, ale są to profile skoncentrowane na wsparciu internetowych sklepów tych sieci. Wkraczaliśmy na niemal dziewiczy obszar, pełni niepokoju jak zareagują na nas tubylcy. Decyzja „wchodzimy w social media” zrodziła w naszych głowach dużo więcej pytań niż mieliśmy gotowych odpowiedzi, a te musieliśmy szybko znaleźć, jeśli nie mieliśmy ochoty na to, aby październikowe entree zmieniło się w październikową rewolucję.
Pytanie pierwsze – jak być? Wszak w social media można być różnie. Można być wszędzie lub można być tylko w wybranych miejscach. Można być, jako marka, można wykorzystać Brand Heroes.
Pytanie drugie – o czym mówić? Czy podstawą komunikacji marki powinna być jej oferta, czy może lepiej rozbawić i rozkochać użytkownika, który z uwielbienia zacznie z Marki korzystać?
Pytanie trzecie – lepiej coś rozdawać, czy dawać coś więcej?
Pytanie czwarte – wszyscy wiemy, że nie wolno zapomnieć o możliwości zaistnienia sytuacji kryzysowej. Stąd najważniejsze z pytań – co zrobić, aby ryzyko wystąpienia problemy było najmniejsze z możliwych.
Eksperci Tesco są dotychczas dostępni w trzech obszarach SM – Youtube.com/tescopolska, Blog krysiaodkuchni.pl, oraz Facebook.com/eksperci.tesco. Dlaczego właśnie te trzy? Dlaczego nie ma ich na NK.pl czy Twitterze? Z dwóch powodów.
Właśnie te trzy formy dają najwygodniejszą komunikację. Na Youtube można pokazać znane z telewizji reklamy, na blogu można pozwolić sobie na więcej (nie tylko znaków 😉 ) i granie według swoich, a nie cudzych reguł, zaś Facebook jest – w naszym odczuciu – medium dającym więcej możliwości do komunikacji z użytkownikami niż jego polski odpowiednik.
Druga rzecz, to jedno z podstawowych założeń naszej obecności w Social Media. Nie chcemy być w tym obszarze dla samego bycia. Co więcej, Tesco w społecznościach już było – wystarczy zerknąć na wykop, aby znaleźć zarówno pozytywne jak i negatywne przykłady tej obecności. Co się zmieniło od października? Teraz mamy możliwość udziału w dyskusji, a dobra dyskusja wynika z umiejętności słuchania, a także z tego, że uczestnicy mają coś do powiedzenia i tu dochodzimy do sedna – wchodzimy w świat społeczności wierząc, że możemy zaproponować coś więcej użytkownikom, że możemy dostarczyć treść, która będzie się rozprzestrzeniać, niezależnie od serwisu, w którym jesteśmy obecni. A Natanesco jest tego doskonałym przykładem.
Chcemy więc dawać, a nie rozdawać. Wybraliśmy nieco trudniejszą drogę, ale wierzymy, że tym sposobem uda nam się zgromadzić tych, którzy będą się bawić z Ekspertami dla frajdy, a nie profitu, choć rzecz jasna nie wykluczamy przygotowania także promocji i konkursów dedykowanych dla naszych fanów. Co więcej, zależy nam na tym, aby publikowana przez nas treść była czymś innym niż „fajnym zdjęciem z Internetu”, więc na profilu staramy się zamieszczać rzeczy, których nie można znaleźć gdzieś indziej.
Wreszcie kwestia minimalizacji niebezpieczeństw – zdecydowaliśmy się na obecność poprzez Ekspertów, ze względu na to jak są odbierani przez klientów. To pozwala nam na zupełnie inną komunikację, ale z drugiej strony doskonale wiemy, ze każde nasze działanie może położyć na szali ich wizerunek, stąd też nieustannie żyjemy w stanie podwyższonej ostrożności.
I co dalej? Dalej to się dopiero okaże. Nie chcemy spocząć na laurach ani odtrąbić zwycięstwa. Póki co Eksperci powiedzieli zaledwie „Dzień dobry, witajcie w naszej bajce”. Pokazali, że na krótkim dystansie są świetni, ale przecież obecność w social media znacznie lepiej porównywać do maratonu. Przed Tesco więc wcale nie łatwe zadanie zaspokojenia apetytów rozbudzonych tak dobrym początkiem. Trzeba będzie omijać płycizny i mierzeje, szukać pomyślnych wiatrów, spokojnych wód i bezludnych wysp na których odkryć można niejeden skarb. Cytując Trumana – Good morning. And in the case I don’t see you, good afternoon, good evening and good night.
Wracam do roku 2016 więc czas na posłowie…
Eksperci na FB dawali sobie radę przez ponad 3 lata, zgromadzili mnóstwo fanów, udało nam się zrealizować kilka fajnych kampanii i filmów. Kilka postów sprawiło nam wielką frajdę (a jeszcze więcej dawało nam obserwowanie jak reagują na to ludzie – a bywało i tak, że jarali się;-) ). Jarały nas zasięgi i gwałciliśmy F5 ciesząc się każdym kolejnym członkiem klanu Lubiczów.
Z perspektywy czasu mogę chyba przyznać, że blog był chybionym pomysłem (diablo trudnym z poziomu copy) i to jest – dość przewrotnie – trudna marketingowo sztuka. Tym bardziej chylę czoła Blogowi Play, który niewątpliwie daje radę. Youtube rozwinął się pięknie a zamieszanie reklam to zbyt mało, żeby powiedzieć „jesteśmy na youtubie, mamy fajny kontent wideo”. Nadal podstawowym pytaniem obecności w SocialMedia jest po co. I nie jestem pewien, czy teraz jest na to pytanie odpowiedzieć łatwiej niż wtedy.
PS. każde Archiwum powinno zawierać też trochę „pamiątek z przeszłości”… więc „play it again Sam”
<iframe width=”560″ height=”315″ src=”https://www.youtube.com/embed/wYywQoJHB9A” frameborder=”0″ allowfullscreen></iframe>
<iframe width=”560″ height=”315″ src=”https://www.youtube.com/embed/YjWJoQFxLMY” frameborder=”0″ allowfullscreen></iframe>
<iframe width=”560″ height=”315″ src=”https://www.youtube.com/embed/aoILcXt4fcI” frameborder=”0″ allowfullscreen></iframe>

Gdyby tylko istniał Kindle dla piszących, czyli o rozproszeniu uwagi

Ta notka powstaje w bólach. Choć pomysł na nią towarzyszy mi już kilka dobrych tygodni, zaczynałem ją pisać już kilka razy i żaden z początków nie był dość udany. Powody widzę dwa. Po pierwsze, jeszcze nie wszystkie części układanki wskoczyły na swoje miejsce, po drugie, wciąż mnie coś rozprasza. Choć może się okazać, że rozpraszam się sam. I może to właśnie o tym chcę napisać.

Jak już pisałem, moim zdaniem jedną z najważniejszych cech Kindle’a jest to, że służy do jednej rzeczy. Do czytania. Nie nadaje się za bardzo do sprawdzania maili, surfowania po sieci czy spędzania czasu na facebooku (choć co to do dla hardcore’ów – na pewno wszystko wyżej wymienione da się na Kindle’u robić). Cel postawiony przez czytnikiem Amazona jest prosty – być tak blisko książki, jak tylko to możliwe. Być urządzeniem „distraction free”. Bez powiadomień, odwracaczy uwagi, wodotrysków. 

Bierzesz do ręki i czytasz. Tylko tyle. Aż tyle.

Czytaj dalej Gdyby tylko istniał Kindle dla piszących, czyli o rozproszeniu uwagi

Język, a polityka

Przestaliśmy się słuchać. My naród. Na każdym możliwym poziomie. Nie, nie przestaliśmy słuchać wczoraj. Nie słuchamy się od lat. Choć może nigdy tego nie robiliśmy, może zawsze chodziło o wykrzyczenie, a jeszcze lepiej narzucenie swoich racji. I nie w tym rzecz, że ktoś nie słucha teraz tego co my mamy do powiedzenia, ale zwróćmy uwagę że my także nie słuchaliśmy wcześniej tych, którzy teraz nie słuchają nas. I nie słuchaliśmy ich, bo oni nie słuchali nas, a wszystko to dlatego, że wcześniej… I tak można drążyć, i zawsze ktoś znajdzie okazje, żeby wytłumaczyć, że pierwsza to jednak była kura, przed, którą jednak było jajo..

Czytaj dalej Język, a polityka

Uważaj co opowiadasz – jeszcze to ktoś zapamięta…

Coraz częściej łapię sie na tym, że prowadząc ciekawą rozmowę, lub odpowiadając na zadane pytanie nader chętnie stosuję zwrot (być może nawet zbyt często): „ostatnio czytałem o…” albo „w takiej a takiej książce, czytałem że…”. No i jestem świeżo po kolejnej lekturze i znowu głowa została nafaszerowana zestawem kilkunastu ciekawych opowieści, które zapewne przyjdzie mi stosować w najdziwniejszych okazjach;)

„Made to stick” to druga (po „Pstryk’u”) z książek braci Chipa i Dana Heath, z którą miałem przyjemność się zetknąć. Autorzy próbują znaleźć (a nawet twierdzą że znaleźli) odpowiedź na pytanie, dlaczego niektóre rzeczy zapamiętujemy, a inne nie. Pokazują dlaczego są błahostki lub głupstewka, które przyklejają się do naszych głów i pamięci bez żadnego wysiłku, a inne rzeczy pozostają dla nas nie zapamiętywalne, niezależnie od tego jak bardzo się staramy je wkuć na blachę.
Czytaj dalej Uważaj co opowiadasz – jeszcze to ktoś zapamięta…