Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Największe kłamstwo świata

Ten wpis mi siedzi na wątrobie już czas jakiś. Nieco pływa, czasem nabierając wyraźniejszych kształtów, innym razem rozmywając się tak bardzo, że nie umiem go chwycić. To myśl, która się przebiera, rozmaite formy przybiera, ale jej sedno jest oczywiste. I prawdę powiedziawszy, zupełnie nie rozumiem, jak to możliwe, że nie rozmawiamy o tym non stop. Jak to możliwe, że nie rozmawiamy o tym przy każdej możliwej okazji. Choć równocześnie wiem, że to oczywiste. To dla nas za trudne, zbyt straszne, a i tak nic z tym nie możemy zrobić.

Tym tematem jest śmiertelność, czyli coś, co nie powinno być dla nas jakimś zaskoczeniem. To nas nieuchronnie dotyczy i jak byśmy się nie starali i jak daleko nie uciekali – dopadnie nas. Czemu więc o tym piszę?

Za małolata myślałem, że to ogarniam. Wiedziałem, że mnie to czeka, wiedziałem że nie ucieknę. O czym tu gadać, o czym pisać. Żyjesz z wyrokiem. Tylko że przez długi czas to była intelektualna zabawa w świadomość śmierci. I ta zabawa, to ledwie jedna strona medalu. Nie spodziewałem się, że przyjdzie jeszcze takie coś, jak doświadczanie śmiertelności. A to zupełnie inna para kaloszy. Przyjaciel ostrzegał. Mówił: i Ciebie dotknie smuga cienia. Nie wierzyłem. Aż przyszła. I została. Czytaj dalej

Fajnie jest nie musieć

Kilka miesięcy temu pisałem o tym, że kiedy trzeba podjąć jakieś działanie, to w kwestii determinacji aby je realizować, przydatne jest „chcieć”. Chcieć, która pomaga nabrać rozpędu, a potem, jak mawiają anglojęzyczni, utrzymać momentum. Wtedy doszedłem do oczywistego wniosku – chcieć jest ważniejsze od musieć.

Z biegiem czasu wyjaśniło się, że „chcieć” wcale nie jest łatwo znaleźć i nazwać. Zwykle, pozwalamy aby cudza potrzeba zajęła miejsce naszego „chcę”. Wtedy mamy kłopot z głowy – nie musimy szukać własnego, mamy cudze i tak długo, jak nie zaczyna nam ono doskwierać – jest dobrze. Jest wygodnie. Jest bezwysiłkowo. Do tego stopnia, że przestajemy swoich potrzeb szukać.

Tylko czy „musieć” jest konieczne? Zawsze? Wydaje się że tak, że jest oczywistym elementem motywującym. Mamy podstawowe potrzeby do zaspokojenia, bez nich zginiemy. Z tego co Masłow przedstawił w piramidzie wynikają konsekwencje i powiązane z nimi działania. Równocześnie, nie zapominajmy o tym, że jesteśmy sprytni;-) I z nie takimi problemami potrafimy sobie poradzić;-) Czytaj dalej

Słowa mają moc – siła rekomendacji

Kto mnie zna, wie, że niemal wszystko (i niemal od zawsze) robię po swojemu, „po Witowemu”. Jeśli nie mogę w całości, staram się coś od siebie dorzucić, odcisnąć swoje małe piętno. Pewnie dlatego, lubię dawać rekomendacje, prawić komplementy i wręczać prezenty, bo każde z wymienionych jest dla mnie z jednej strony okazją do wykazania się, z drugiej – i to chyba lubię najbardziej – pozwala mi być prawdziwym. I takie też śmiem twierdzić są właśnie moje rekomendacje / komplementy / prezenty.

Dobre, bo prawdziwe. Jak Grześki, zero bujdy

Od czasu do czasu jestem proszony o to, aby wystawić rekomendację osobie, z którą miałem okazję współpracować. Na całe szczęście dotychczas prosili mnie o to ludzie, których cenię, więc z ochotą na ich prośby przystawałem. Przy czym, każda taka rekomendacja jest dla mnie wyzwaniem. Staram się unikać szablonów, chcę, żeby sama rekomendacja była atutem dla polecanego.
Czytaj dalej

Moda na abonament, czyli skubanie po złotówce

Coraz popularniejszym modelem rozmaitych sieciowych / digitalowych inicjatyw są abonamenty. Abonament na muzykę, książki, seriale, oprogramowanie, usługi. Na dostęp do jakiegoś serwisu, do jakiejś gry, do jakiejś treści. Płacisz regularnie – masz dostęp do wszystkiego, przestajesz – wszystko do czego miałeś dostęp – dla Ciebie znika.

To żaden nowy wynalazek. Mieliśmy (i mamy) telefon na abonament, internet na abonament, telewizję na abonament (nawet jak jej nie oglądasz, to skoro masz telewizor abonament musisz płacić – co jest tematem na zupełnie inna notkę). Czym więc się różni ten nowy abonament od tamtego?

Czytaj dalej

#metoo – słowa, które zachęcają, by otworzyć oczy

Hashtag #metoo trochę mnie zaskoczył. Widziałem, że obserwowane przeze mnie kobiety wrzucają go, często bez żadnych dodatkowych słów, na swoje „socialowe” profile. Początkowo wydał mi się totalnie niezrozumiały, choć było oczywistym że to jakaś „akcja”. Równocześnie zaintrygował na tyle, żeby go sprawdzić. Wszystko ma swój początek w aferze Harvey’a Weinsteina, ale ten temat wchodzi na dużo wyższy poziom.

Cytując za CNN:

Women — and some men — have used them [words – „me too”] to share personal stories of sexual harassment and assault.

Kobiety, czasem także mężczyźni używają ich [słów „ja też”] aby podzielić się historiami molestowana seksualnego lub przemocy, jakiej doświadczyli.

Nie mam żadnej opowieści, którą chcę się z Wami podzielić. Mam tylko obserwacje.
Czytaj dalej

Egzamin w szkole latania

Ponieważ nie masz czasu na czytanie długich tekstów w Internecie, spróbuję ująć w jednym zdaniu „o co chodzi” (a) i „czego od Ciebie chcę” (b). To czy będziesz czytać dalej, zależy już tylko od Ciebie;-). W jednym zdaniu brzmi to tak:

Z końcem września kończę pracę w Tesco (a) i w związku z tym chciałbym Cię prosić o pomoc (b).

Tyle zmieściłem w jednym zdaniu 😉 Natomiast to chyba niewiele wyjaśnia, zatem rozwinę. Czytaj dalej

Mój czas to pieniądz… a czas innych?

Za każdym razem, kiedy zaczynam pisać coś z wątku „Czas to pieniądz” zaskakuje mnie, że dla tego tematu znajduję nowe aspekty. Że czas to waluta, że warto zadbać o to, aby go nie tracić bezsensownie, a także że trzeba uważać na tych, co z naszego czasu lubią robić użytek na własny… hmm.. użytek😉 Dużo więc było o traktowaniu czasu w kontekście czysto egoistycznym. A jak traktujemy czas innych? I jak powinniśmy go traktować? Czytaj dalej

Gdy bańka pęknie

Zauważyliście, że ostatnio dobrze nam się żyje? Otaczamy się mądrymi ludźmi, wszyscy myślimy podobnie, wyznajemy te same wartości. Oszołomy są gdzieś tam, daleko, ale cywilizacja trzyma się mocno, chroniąc się, chroniąc nas przed barbarzyńcami.

W zasadzie nie mamy poważnych zmartwień, nie znamy głodu, chłodu czy ubóstwa, z poważnych problemów przejmując się tylko tym, że ta czy owa reklama okazała się jednak manipulacją, a ten czy ów produkt jest wystarczająco wege. Cudowne czasy.

Przypuszczam, że to jeden z nieprzewidzianych efektów algorytmów socialmediowych. Pojęcie baniek czy bąbelków w social mediach nie jest niczym nowym – zjawisko już znane, opisane, zbadane i potwierdzone. Ponieważ lubimy mieć rację, otaczamy się ludźmi, którzy się z nami zgadzają, niezauważalnie separując od tych, którzy mają inne poglądy. Teraz zresztą dość łatwo przychodzi nam wykluczanie opinii i danych które są nam nie po myśli – dajemy unfollow i świat staje się znośniejszy.

Równocześnie słuchając tych, z którymi opiniami się zgadzamy, przyjmujemy ich narrację, i tych spoza naszego kręgu z łatwością nazywamy czarnogrodem, ciemnogrodem, baranami, idiotami, kłamcami, oszustami, manipulantami, hołotą, zdrajcami.
Czytaj dalej

Teraz – najlepszy, jedyny czas

Od ostatniego wpisu na niecodziennym mija prawie miesiąc. Trochę strach sprawdzać kiedy był opublikowany ostatni podcast. I najsmutniejsze jest to, jedyną wyraźną przyczyną tego, że przestałem regularnie pisać jest to, że przyszło do mnie i zaprzyjaźniło się ze mną uczucie… zmęczenia pisaniem. Choć tak naprawdę w rozmowie z samym sobą nazywam tę emocję „rzyg na pisanie”. Taki odruch.

Z drugiej strony, niezmiernie mi tego pisania brakuje. Brakuje porządkowania myśli, brakuje satysfakcji z tego, że blog pęcznieje w treść, brakuje przyjemności z nagrywania nowych tekstów na podcast, bo… to też bardzo lubię. Tylko pomyślałem sobie, że nie chcę odgrzewać starych kawałków, a tych nowych jakoś przestało przybywać. Zaklęte koło.

Swoją drogą, zaraz obok „rzygu na pisanie” leży sobie „rzyg na słuchanie swojego głosu”. Mało kto chyba lubi słuchać samego siebie, a kiedy jesteś jednoosobowym bycikiem internetowym, to nie ma że boli, trzeba sie odsłuchać. No i kiedy się odsłuchujesz, oprócz tego dziwnego wrażenia słuchania swojego głosu, dochodzi jeszcze słuchanie wszystkich mankamentów, wszystkich „yyyyeeeee”, wszystkich manieryzmów… i są takie dni, kiedy to męczy bardziej. I ostatnio tych dni było więcej. Czytaj dalej

Gdy wydawanie pieniędzy nie boli

Pamiętam, jak kilka lat temu w korporacyjnym sklepiku dokonywałem jednej ze swoich pierwszych płatności kartą zbliżeniową. Zakup nie był duży, pewnie bułka (raczej dwie), sok pomarańczowy i pastella z suszonych pomidorów. Lata mijają a zestaw wciąż ten sam… jedyne co się zmieniło, to napój mleczno-kawowy (latte) został zastąpiony espresso. Podszedłem do kasy, wyjąłem kartę, zbliżyłem, piknęło, zakup dokonany. Ale że już? Już. No tak to działa.

Pamiętam, że coś mi wtedy zazgrzytało. Wydało mi się to wręcz zbyt proste, aby mogło być prawdziwe. Zbyt łatwe. Proces płatności sprowadził się do prostego piiiiik; Jakie to fajne, jakie to przyjemne, jakie to… trudne do ogarnięcia moim małym rozumkiem. I wydaje mi się, że niesie to za sobą, dość poważne konsekwencje. Czytaj dalej

Starsze wpisy